Wieźliśmy po worku tytoniu
„Wieźliśmy po worku tytoniu i po dwa wygrzebane z ziemi polskie pistolety Vis. Opłakaliśmy właśnie upadek Francji, Anglia dygotała z daleka jak tonąca szalupa na wzburzonym morzu i nasza działalność wydawała mi się chwilami czystym absurdem; należało jednak ratować honor Polaków i w tej najgorszej chwili, kiedy znikąd nie świtała jeszcze nadzieja. Żandarmi w Dęblinie obstawili pociąg, nie lubili młodych ludzi, szansa wpadki była duża, napięcie rosło według reguł sztuki, pistolety mieliśmy pod marynarkami, mogła z tego wyniknąć mordercza strzelanina, bo nie dalibyśmy się wziąć z bronią żywcem. Dla mnie to była przede wszystkim walka ze strachem, a raczej walka dwóch strachów strachu przed lufami żandarmów, gotowych wypruć nam w brzuch hojną serię, i strachu przed kompromitacją wobec Andrzeja. Zaswędziały mi plecy i łydki, zacząłem się pocić, ale ten drugi strach zwyciężył był mi bliższy i bardziej ludzki. Gwizdałem więc sobie melodyjkę i czytałem w szmatławcu przemówienie Franka na Wawelu, choć plugawe zdania tańczyły mi przed oczyma. Żandarmi podchodzili z dwóch stron do naszego przedziału, Andrzej zaś wygładzał „młynarki" zawodowym gestem szmuglera i oceniał mnie kątem oka, jak gdyby to wszystko go nie dotyczyło. Scena była dość banalna, ale tak wtedy wyglądały nasze wstępne egzaminy. Żandarmi wreszcie nadeszli porykując, wytrzęśli babom spod spódnic boczek, rąbankę i kiełbasy i zabrali się do nas, zaraz wywąchali tytoń i stanął problem powloką nas do budy czy nie powloką Będzie strzelanina w brzuchy czy nie będzie Trzymałem rękę jak najbliżej kolby Visa, wyciągnęllśmy jakieś zaświadczenia z Arbeitsamtu podrabiane na chama żyletką i tuszem — wtedy jaszcze nie było centralnej fałszerni dokumentów i każdy podrabiał chałupniczo — i nie li. tyłem na dalsze życie, bo dziecko by poznało lipę. Napięcie wzrastało aż do gwizdu, sytuacja stawała się niemożliwa, powinny ją przeciąć strzały, a tu nagle żandarm otworzył dowód Andrzeja i dostrzegłem w nim nowego „górala". Twarz żandarma rozjaśniła się, zerknął na nas porozumiewawczo bohaterstwo przeszło w łapownictwo. Napięcie spadło jak worek z pleców. W 1940 roku to było nowatorstwo nie słyszałem dotąd o żandarmach biorących łapówki. Niemiec chwycił forsę, Andrzej uśmiechnął się do mnie i pojechaliśmy dalej, bezpieczni, a ja podążyłem do toalety. Zdałem egzamin z zimnej krwi, Andrzej zabierał mnie coraz częściej, biegaliśmy po dachach pociągów jak Buster Keaton i konfederaci, dopuszczał mnie powoli do komitywy. W tym czasie chodziłem po raz pierwszy z dziewczyną i całowaliśmy się nad Wisłą przy elektrowni. Tak też było i 21 maja 1941 roku, tego dnia dziewczyna zapisała się na kursy kroju i szycia, gdzie uczyli polskiego i historii w ogromnej tajemnicy, całowaliśmy się u rogu Wybrzeża i Tamki, przed żandarmem na warcie. Zaraz skręciłem w ulicę Radną i dojrzałem mego przyjaciela Trusika. Wychodził z bramy swego domu w towarzystwie nie znanych mi mężczyzn. Zawsze miałem do niego jakieś konspiracyjne sprawy, chodził kupować broń od cwaniaków, przyspieszyłem więc kroku, żeby go dopaść. Przed ósmą było jeszcze jasno, bo Niemcy wprowadzili czas letni. Zastąpiłem im drogę tuż przy krawężniku i Trusik mnie dostrzegł, ale jego oczy spojrzały na mnie szkliście, bez rozpoznania, i zaraz odbiegły w bok. Tkwiłem tak ułamek sekundy, zdumiony, i nagle zrozumiałem Trusika prowadzili gestapowcy do niepozornego samochodu, który stał obok, ozdobiony zwykłymi numerami OST dla zmylenia. Zamroziło mnie, natychmiast odskoczyłem, ale gestapowcy nie liczyli na tak przychylny zbieg okoliczności, nic nie zauważyli, wsadzili Trusika do samochodu i odjechali. Ruszyłem dalej na miękkich nogach. Była to pierwsza u nas wsypa; przygotowałem się do niej teoretycznie, lecz jej praktyka mnie sparaliżowała. Sterczała mi przed oczyma nieruchoma twarz Trusika; na pewno znaleźli u niego broń, wiedział, że jest żywym trupem i do zgonu brakuje mu tylko przejścia przez piekło odbijania wnętrzności, miażdżenia stawów i innych długotrwałych tortur. Ta gehenna na ziemi dotykała nie grzeszników, lecz sprawiedliwych, i choć nie wieczna, bo zależna od wytrzymałości ciała, zawierała element bardziej piekielny, niż mogli to sobie wyobrazić Ojcowie Kościoła, Tertulian czy Cyryl z Jerozolimy, gdy tworzyli przystępny dla wiernych obraz potępienia. Strącony do piekła za życia nie stawał się bowiem bezwolnym skazańcem, trawionym bezapelacyjnie przez ogień i siarkę; zawsze mógł przerwać tortury zdradzając towarzyszy — a więc w jednej chwili zapierając się siebie i przekreślając sens swego życia. Ratował ciało od dalszych katuszy i od śmierci, skazując ducha na męki i potępienie; wyzwalając się z piekła, stworzonego przez innych, rozpętywał nowe piekło w sobie. Jeżeli zaś wytrzymał tortury,“(13)